sobota, 10 października 2015

PIttsburgh, Pensylwania

Czas opuścić New York. W sumie to się ucieszyłem, bo choć bardzo tu jest fajnie, chciałem udać się głębiej w Stany, żeby poczuć coś nieco innego niż Nowy Jork. Kolejny postój - Pittsburgh, Pensylwania.

Do miejsca docelowego udałem się autobusem sieci megabus.com. Tym razem zaszalałem i dopłaciłem $7 za miejsce na górze w pierwszym rzędzie przy samym oknie. Stwierdziłem, że dla 8 godzinnej podróży warto. Było warto. Droga z Nowego Jorku do Pittsburgh jest bardzo malownicza. Autostrada wije się przez teren bardzo pagórkowaty, a czasem wręcz nieco górzysty. Autobus okazał się naprawdę bardzo wygodny, pod siedzeniami gniazda elektyczne, wifi na pokładzie (akurat nie działało). Obok mnie siedziała jakaś kobieta, więc ją zagadałem. Okazała się Chinką mieszkającą w Nowym Jorku, ale po pierwszym zadanym jej pytaniu poprosiła, żebym mówił wolniej, bo ona słabo zna angielski. No na boga nieistniejącego! Mieszka w Nowym Jorku kilka lat i angielki faktycznie znała gorzej ode mnie (o co naprawdę dość trudno). Pani Chinka sprzedaje w Nowym Jorku jakieś magiczne maści, ale tylko Chińczykom. Twierdzi ona, że Chińczycy mają inną budowę skóry i że ta maść, produkowana wg super tajnej receptury chińskiej medycyny (w razie wątpliwości przypominam - nie istnieje coś takiego jak "chińska medycyna". jest medycyna i są szarlatani i oszuści). Powiedziałem jej, że mamy taką samą skórą, ale upierała się, że ma inną budowę cząsteczkową (przetłumaczyła to na komórce, jak większość tego co do mnie mówiła), więc nie było już sensu dalej dyskutować. Na marginesie mówiąc, to gdzie my jesteśmy, jeśli chodzi o świadomośc ludzi? Za czasów niewolnictwa Murzynów nie uważano za ludzi, w latah 30-tych i w czasie wojny Hitler i jego ekipa udowadniali, że Żydzi to inny gatunek, a teraz? Czy tak naprawdę coś się zmieniło? Pani Chinka święci wierzy, że "naukowcy" od "chińskiej medycyny" opracowali wspaniały krem, który jest tylko dla Chińczków, ze względu na inność składu ich skóry. Najgorsze jest to, że ona święcie wierzy w całą tę chińską medycynę. Ech, trudno. Powiedziała, że jak ja bym użył tego kremu to dostałbym wyprysków, uczulenia i bóg chiński wie czego jeszcze. Powiedziałem jej, że nie wierzę i że chętnie spróbuję. Na co ona, zachęcona widać możliwością sprzedaży, wręczyła mi wizytówkę i dała dwie próbki. Pisząc te słowa posmarowałem sobie ramię tym kremem. Pachnie dość podejrzanie, zobaczymy czy dostanę jakichś wyprysków (wątpię).

Chinka, która nie zna angielskiego i sprzedaje kremy Chińczykom w Nowym Jorku.
Amerykańskie autostrady są zupełnie inne niż polskie. I nie chodzi o to, że mają więcej pasów. Przede wszystkim chodzi o to, że wszyscy jadą z tą samą prędkości 65 mil/g czyli 105 km/h. Można nie zapierdzielać 200kmh? Można. Naprawdę, przez całe 8 godzin podróży nie widziałem nawet jednego samochodu, który przekraczałby prędkość (czyli wyprzedzał autobus ze zdecydowanie większą prędkością). Stan dróg tutaj jednak mnie zaskoczył, bo jest dość kiepski. Raczej porównać go można do Polski niż do Niemiec czy Luxemburga. Bardzo spodobało mi się oznakowanie na ulicach. Tutaj jest dużo prościej, bo zamiast masy znaków, jaką można zobaczyć na Polskich drogach, większość informacji jest po prostu w postaci tekstowej. Przykłady: "No turns", "Right lane mus turn right", " Speed limit 65", "Bridge may be icy" i tak dalej. Poniżej zdjęcie, na którym tych znaków jest sporo - przyjrzyjcie się

Na tym skrzyżowaniu jest prawie wszystko jeśli chodzi o znaki pisane :) Przyjrzyjcie się!
Do Pittsbourgh dotarłem wieczorem. Betsy przywitała mnie w swoim domu, dostałem własny pokój i zostałem zaproszony na hot dogi za domem w ogródku. Była tam również sąsiadka Betsy, kobieta ok piećdziesiątki, dość już wstawiona. Pierwsze pytanie jakie mi zadała, to co ludzie w Polsce myślą o Amerykanach. Głupio mi było powiedzieć, że myślą, że są tępi, więc nic nie powiedziałem. Ona sama powiedziała, że tak słyszała i zapytała czy to prawda. No prawda w sumie, że tak myślą, nie mam jeszcze zdania, czy prawda, że tacy są Amerykanie. Póki co, wszyscy moi gospodarze to ludzie bardziej niż przeciętnie wykształceni, więc do tępych w żadnym wypadku nie należą. W Polsce często spotkałem się z opinią, że Amerykanie tępi, nie wiedzą gdzie leży Polska. Zapytam więc po pierwsze: na cholerę im ta wiedza, wszak Polska nie jest liczącym się w świecie krajem, po drugie: czy przeciętny Polak wie gdzie leży Kamerun lub Boliwia? Czy więc to, że Colin, który mniej więcej wie gdzie leży Polska (ma wszak zięcia Polaka), zapytał mnie z jakimi graniczymy krajami, świadczy o jego słabym wykształceniu, czy tępocie? Raczej wątpliwe. Jestem przekonany, że wielu wykształconych Polaków nie ma pojęcia z jakimi krajami graniczy chociażby Słowenia (to wiem), nie wspominając o Peru czy Zimbabwe (ale tutaj nie mam pojęcia). Przyczepiłem się do tej geografii, co?

Rzeczona sąsiadka poczęstowała mnie whisky i miło się z nią gadało, choć trudno mi było ją zrozumieć. Powiedziałem o tym Betsy, którą łatwo mi było zrozumieć i która często tłumaczyła mi co tamta powiedziała. Betsy powiedziała, że ta kobieta gada cały czas slangiem a ponadto jest (i tu pokazała charakterystyczny gest zataczając ręką kółka niedaleko skroni).

Mimo rekomendacji Betsy, postanowiłem nie zwiedzać żadnych muzeów w Pittsbourgh. Zamiast tego udałem się na niemal dwugodzinną wycieczkę rowerem do centrum, a potem jeszcze zwiedzałem okolice w których mieszka moja gospodyni. Wycieszka bardzo się udała. Choć to jeszcze nie San Francisco, które słynie ze stromych ulich, znalazłem jedną taką. Nie udało mi się pod nią podjechać rowerem (!), a do słabeuszy rowerowych nie należę.

Kiedy Betsy wróciła do domu poszliśmy nieopodal na kawę, gdzie spotkaliśmy również chłopaka Betsy - Chrisa, który jest lekarzem, ale o tym zaraz. Zamówiłem czarną kawę i otrzymałem jakiś ohydny, czarny napój z termosu. Nie wiem jeszcze jak zamawiać, żeby dostać świeżo mieloną (da się, bo mają normalne ekspresy do kawy), ale planuję się dowiedzieć. Wypiwszy, nie do końca, ten napój, udaliśmy się meksykańskiej knajpy. Zamówiłem coś, co wg gospodarzy mieli najlepsze (za 10 dolców). Było dobre, ale cholernie mało. Poza tym zapłaciłem aż 15 dolców, bo doliczyli podatek i jeszcze trzeba było dać napiwek i jakoś tak wyszło, że z 10 zrobiło się dolców piętnaście. No właśnie - napiwki. Dowiedziałem się, że standardem w USA są napiwki 15%. Ostatnio, ze względu na kryzys, napiwski wzrosły i w Pittsburgh płaci się 20%. Piszę płaci się, bo dawanie napiwków tutaj, jest w zasadzie obowiązkowe. Chris opowiadał, jak kiedyś przez pomyłkę dał 2 dolary zamiast 10 (czy jakoś tak) i kelnerka przyleciała do niego, niemal z pretensjami dopytując czy coś było nie tak, że tak mały napiwek zostawił. Niesamowite. Dopytałem jeszcze jak to jest jak piwo w knajpie zamawiam. Do każdego piwa powinienem dać $1 barmanowi. Czyli jak zmawiam 3 piwa - 3 dolary. Ja nie dawałem, bo nie wiedziałem. Nie pamiętam, czy krzywo na mnie patrzyli - przywilej tego, że nie wiedziałem, że popełniam ogromne faux pas.

Chris i Betsy, którzy mieli wątpliwą przyjemność odwiedzenia Polski. Przywieźli z naszego kraju wrażenie, że Polacy są niezbyt przychylnie nastawieni do turystów. Nie byli im życzliwi, nie chcieli pomóc, nie interesowali się jeśli mieli z czymś problem. Zdziwili się, kiedy powiedziałem, że wobec swoich zachowujemy się tak samo. Czyż nie?

To, na co narzekają Amerykanie, to ich służba zdrowia. Jest ona najlepsza na świecie, ale i najdroższa na świecie. Dowiedziałem się, że rachunki za leczenie są główną przyczyną bankructw ludzi w USA. Coś chyba musi być na rzeczy, bo Betsy nie była pierwszą osobą, która o tym mówiła. Wychodzi na to, że jest nie jest się naprawdę bogatym, to w przypadku zachorowania na jakąś poważna chorobę, można mieć ogromne kłopoty. Standardowe ubezpieczenie (takie ma Betsy) pokrywa 90% wydatków rocznych na leczenie, ale dopiero po tym, jak ona wpłaci swoje 10%. W przypadku dłuższej kuracji (np. rak) roczne koszty rzędu $200.000. Czyli $20.000 trzeba co rok wyłożyć. Inaczej ubezpieczenie nic nie zapłaci. Kiepsko, biorąc pod uwagę, że w takiej sytuacji przeważnie się przestaje pracować. Chris robi specjalizację z neurochirurgii. Jak już zrobi, będzie zarabiał minimum $200.000 rocznie, ale pewnie bliżej $400.000. 200 to już bardzo dobra kasa o 400 nie wspominając. Przykładowo George, nauczyciel, zarabia $75.000, co też jest nieźle (ale nie w Nowym Jorku).

Jeszcze się zgadało u urlopach. Betsy, która pracuje w korporacji, ma 10 dni urlopu rocznie (u nas na 26 niektórzy zarzekają). Chris ma 15 dni. Macierzyńskiego urlopu mają 2 tygodnie lub 2 miesiące, już nie pamiętam dokładnie. Na pewno nie rok, jak u nas.

Cały ten wpis zrobiłem w autobusie linii Greyhound z Pittsbourgh do Cleveland. Niestety Greyhound mnie zawiódł, bo bardziej przypomina polskie ikarusy niż nowoczesne autokary, jak megabus.com. Na dworzec autobusowy od Betsy jechałem autobusem miejskim i nieźle się zdziwiłem, kiedy po wejściu okazało się, że w środku są prawie sami bezdomni i kalecy ludzie. Smród był okropny, ledwie się dało wytrzymać. Ktoś mi kiedyś wspomniał, że normalni Amerykanie nie jeżdżą autobusami. Coś w tym chyba jest. Zobaczymy jak będzie wyglądał autobus w Cleveland do miejsca, w którym będę nocował.

Na koniec uwaga - na razie spotkani Amerykanie w ogólnie nie byli grubi. Widziałem dosłownie jedną grubą osobę. Jeszcze będę o tym pisał, na razie jestem pozytywnie zaskoczony.

4 komentarze:

  1. Hej Marek, fajnie się to czyta i nie powiem, trochę po polsku zazdroszczę :) Ale jeszcze bardziej będę zazdrościł jakbyś wrzucał więcej zdjęć.

    Pozdrowienia z Ojczyzny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten post wysyłałem ze słabego internetu dlatego tak mało zdjęć. W kolejnym będzie więcej.

      Usuń
  2. Ten post umieszczalem ze słabego internetu. W kolejnym będzie dużo. Rozważam zrobię ie osobnej galerii tylko ze zdjęciami bo mam ich całą masę.

    OdpowiedzUsuń
  3. I'm really enjoying your posts, Marek. I'm looking forward to hearing your reflections about Ohio! :) And I'm glad not all Americans are as fat as I am.

    OdpowiedzUsuń